W tym śnie przeniosłem się w krajobraz dość zaskakujący i dziwny, przestrzeń mojego miasta - Warszawy. Zaskakujący był pagórkowaty krajobraz nadwerężonej miejskiej zieleni, ubitej i wklepanej ziemi ścieżek parku, prowadzących donikąd, niekończących się stłoczonych prostopadłościanów lichych blokowisk, szarzyzny bijącej od nich, brudu. Duch nieszczęścia i podłej codzienności trawił te osiedla na wygnaniu. Tworzyły one rodzaj niezależnych państewek, samowystarczających w swej nędzy. Państewka te w swojej zbiorowej świadomości losu były samolubnie przywiązane do mizerii i niedostatku, biorąc życie jak leci. Oto widzę siebie tam, pośród nie najmłodszych bloków, jak nieoczekiwaną zjawę, najpierw przemykającego w biegu uliczkami, wpadającego w niedomknięte podwórka i za chwilę wydostającego się z szarego labiryntu w pagórkowatą przestrzeń niby parku, to znów wpadam w ramiona zimnych odrapanych, jeszcze ciekawszych, jeszcze bezwstydniej obnażonych, brudnych i minimalistycznych, małych i skarlałych osiedli karnych. Jeziora z betonu i gruzu ze strzępami spękanego tynku i farby. Pomimo nie cierpiących zwłoki obowiązków i wbrew samozaparciu zboczyłem nagle w przekątną nabrzmiewającego osiedla i stwierdziłem, że od tej pory nie wiem gdzie jestem ani dokąd idę. Szedłem, więc dalej, po to by iść. Po pewnym czasie odsłonił się przede mną nowy krajobraz, aż znalazłem się na terenie osobliwego parku. Park to był miejski lub, co najwyżej już taki przygraniczny i choć daleko za sobą mieliśmy hałaśliwy gąszcz prostopadłościanów, ta oaza spokoju wydawała się dość gwarna i rojna.
Przeczucie osobliwości tego miejsca się potwierdziło. Było to ulubione miejsce spacerów okolicznych mieszkańców. Co prawda nie zadałem sobie trudu, żeby zasięgnąć języka, polegałem raczej na swojej intuicji. W różnych odstępach parku znajdywałem zgrupowane sterty staroci i rozmaite przedmioty, kilka starych odbiorników radiowych i telewizor, zwinięte zapętlone przewody elektryczne, a nawet ubrania, szary wypłowiały płaszcz męski. Te osobliwe galerie staroci usypane jak z piasku najczęściej zajmowały całą ławkę, a niekiedy usypywano je pod krzakiem obok ścieżek. Ermitaże bezwartościowych bibelotów, gadżety, którymi można by obdzielić niejedną epokę. Moją również. Ze smutkiem stwierdzam, że chcąc odruchowo sięgnąć po jeden z nich (w oko wpadło mi stare radio polskiej produkcji takie, jakie kiedyś grało radośnie w naszym 'socjalistycznym' domu, nota bene również koło parku, wykonane z dobrych materiałów, podłużne, z przyciemnianą szybką i plastikową siateczką na głośnik, przymocowane do czterech srebrno-stalowych okrągłych podstawek) działałem pod wpływem nie dającego się okiełznać pragnienia. Zachowanie to było dość zaskakujące i dla mnie samego. Dziś uczciwie przyznaję, unikając obcych spojrzeń, wyzierając spoza osłoniętego na głowę kaptura szparkami przenikliwych oczu, wiedziałem, czego chcę najbardziej. Pragnąłem rzucić się w każdą ze stert, którą mijałem po drodze, jak dziecko rzucające się do wody w upalny dzień, jak głodny pies rzuca się na świeżą ociekającą mięsem zdobycz. Pragnąc i tłumiąc w sobie pragnienie, mijałem nienaruszone kopy staroci. Rozklekotane rupiecie, jeśli nie istnieje nic, czego bardziej się pragnie i pożąda, to może zastanawiać.. Nie przedstawiały sobą żadnej wartości. Jedyną być może ich wartością było to, że pragnęło się ich nie wiedząc czemu, na przekór rozumowi. Wychodząc popołudniu do Sabinek, napotykałem je poupychane w kątach ciemnych ulic, niefrasobliwie wyrzucone na bruk, nie wzbudzające niczyich podejżeń i niczyjego sprzeciwu.
Mieszkam w tym mieście kawał czasu, codziennie przepycham się przez ulice Starego Mokotowa, i do tej pory nie zwróciłem uwagi, że tam jest wciąż wypełzająca narośl - w jej przestrzeń powoli i konsekwentnie przenoszą się ludzie i ich światy. W ten świat bezszelestny wsiąkają pokolenia, poszerzając terytorialne granice, zdobywają nowe tereny, dołączają też ochoczo nowi członkowie, rzesze sympatyków i wiernych towarzyszy w biedzie, powstają związki, stowarzyszenia, rozkwitają śmietnikowe oazy. Tych wszystkich ludzi łączy jedna cecha, to, jak nabożny jest ich stosunek do śmieci; można ich po tym rozpoznać.
Człowieka poznasz po tym, co robi ze śmieciami. Moja sąsiadka. Co do niej, wykładając swoją brunatną plastikową torbę na klatkę pod drzwi, chce tym samym coś zamanifestować. To wzmacnia moje przekonanie, że wielu rodaków podziela fascynację widokiem śmieci i zapachem smrodu, zakładając, że pozostali lokatorzy wykarzą pełne zrozumienie tematu.
Miasto więc ukazało swą nędzę nabrzmiałą, która wylewa się z mieszkań na skwerek i atakuje chodnik, wylega z bram, uliczek, nielegalnych usypisk. Wyziera także z niedowietrzonych kawalerek. To stan przewlekły. Oswojenie uśpiło uwagę. Oswajając tą niedostrzegalną narośl, zachowujemy się tak, jakby stan ten trwał od zawsze. Miasta dwa obok siebie, zgoła inne. Fale życia obijają brzegi; uśpieni bezimienni ukażą się w porannym słońcu, wypełzną z ukrycia, pokonując wstyd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz