Najbardziej chyba charakterystyczną cechą kondycji ludzkiej i świata, w którym żyjemy (w odróżnieniu od przypuszczalnie innych wyższych planów egzystencji) jest to, że nie możemy osiągnąć satysfakcji. Choć pragniemy zaspokojenia, ono nigdy lub prawie nigdy nie przychodzi w oczekiwanym momencie (lub w takiej mierze, w jakiej byśmy chcieli). Słowa refrenu pieśni legendarnych the Rolling Stones „I can’t get no satisfaction’ trafnie podsumowują ten egzystencjalny niedosyt.
Żyjemy niepokojeni wizją nadciągającego kryzysu. Kryzysy, które wyłaniają się jeden za drugim, fala za falą zdają się coraz bardziej potwierdzać teorię, iż satysfakcja na miarę naszych oczekiwań nie może nadejść lub służyć nam na wyłączność. Niemal wszyscy ludzie, lub jak mniemam większość, traktują kryzys jako dziwną anomalię, która nie powinna się nigdy wydarzyć. Za wszelką cenę starają się ją czy to przezwyciężyć czy ukryć fakt, iż ma ona miejsce. Pozwólcie, abym rozwiał wasz niepokój, zanim rozczarowanie jednych, a - o ironio - poczucie satysfakcji drugich (jeśli są osoby, dla których kryzys gospodarczy staje się spełnieniem oczekiwań, to jak bardzo musiały cierpieć, gdy nie było jeszcze przesłanek do globalnego lamentu), przyprawi o kolejny dreszczyk emocji. Otóż, słuchajcie uważnie: kryzys nigdy nie nastąpił, gdyż on był z nami zawsze i już nigdy nas nie opuści!
Na gruncie niemożności spełnienia i wiecznego niedosytu kiełkują nasiona zazdrości i egoizmu. Nie tracąc nadziei, że pochwyci człek to, czego tak łaknie lub porząda, jego pełne zgryzoty życie przepływa w pogoni za czymś niedościgłym do końca, nowym i innym, a jakże mu miłym. To wszystko dzięki ‘magii’ ułudy, tej mistrzyni, która sprawia, że stary płomień dawnego sprzed lat łaknienia niespodzianie wystrzela ferrią tysiąca ogni i barw, wywołując kolejne burze i fale. Nie dajmy się zwieść tej pani, mistrzyni wszelkiego zamętu.
The Rolling Stones: “I can’t get no satisfaction”
satisfaction,
satisfaction.
'Cause I try and I try and I try and I try.
I can't get no, I can't get no.
When I'm drivin' in my car
and a man comes on the radio
he's tellin' me more and more
about some useless information
supposed to fire my imagination.
I can't get no, oh no no no.
Hey hey hey, that's what I say.
I can't get no satisfaction,
I can't get no satisfaction.
'Cause I try and I try and I try and I try.
I can't get no, I can't get no.
When I'm watchin' my TV
and a man comes on to tell me
how white my shirts can be.
Well he can't be a man 'cause he doesn't smoke
the same cigarrettes as me.
I can't get no, oh no no no.
Hey hey hey, that's what I say.
I can't get no satisfaction,
I can't get no girly action.
'Cause I try and I try and I try and I try.
I can't get no, I can't get no.
When I'm ridin' round the world
and I'm doin' this and I'm signing that
and I'm tryin' to make some girl
who tells me baby better come back later next week
'cause you see I'm on losing streak.
I can't get no, oh no no no.
Hey hey hey, that's what I say.
I can't get no, I can't get no,
I can't get no satisfaction,
no satisfaction, no satisfaction, no satisfaction.
piątek, 12 sierpnia 2011
czwartek, 11 sierpnia 2011
Upadek Benedykta. Mały traktat o dwubiegunowości istnienia
Dualizm to dwubiegunowy schemat postrzegania zjawisk, dwuaspekowy. Jest cechą wąsko myślącego intelektu. Schemat trójkowy i inne cechują rozszerzony intelekt.
Dobro i zło. Otóż, 'dobro' nie jest 'dobrem' przez się, ale staje się 'dobrem' na tle ‘zła’, w oparciu o ocenę tego, co jest ‘złem’ i vice versa, tzn. ‘zła' nie da się pomyśleć bez ‘dobra’, które istnieje tylko w oparciu o ‘zło’. W takim ujęciu obie kategorie wynikają z siebie wzajemnie i wprost naprzeciwlegle, i tym jest dwubiegunowość. Jedna bez drugiej nie może istnieć, są współzależne (tak jak Siva-Siakti, co też jest częściową prawdą, a więc iluzją, gdyż są jednym i tym samym, aspektami tego samego). Ta cecha wzajemnego uzasadnienia (istnienia) i warunkująca jest tutaj obecna. (Można to wyjasnić następująco: warunkiem, ażeby ktoś mógł stwierdzić, że coś jest ‘dobre’ jest to, aby ktoś powiedział, że coś jest ‘złe’.
Tak obie kategorie poszukują wciąż potwierdzenia swojej ważności we wzajemności oparcia się na sobie. Alternatywą dla takiego myślenia, jest założenie, że 'zło' jest jedynie brakiem 'dobra'. Jest to pośrednia interpretacja, pośrednio dwubiegunowa i całkiem do przyjęcia. Można jednak ‘dobro’ pomyśleć zupełnie inaczej. Choć wtedy traci ono swoją pierwotną dynamikę dwubiegonunowego powstawania i doświadczenie to jest z gruntu odmienne. 'Dobro' jako takie i przez się (per se) jest, a nie staje się i dlatego jest ono bardziej nieuchwytne.
Teraz moja opowieść wigilijna. :)
Chrześcijaństwo, które jak wiadomo bazuje na dwubiegunowej filozofii, wywoływać może niezwykle silne frustracje u osób posługujących się innym systemem opisu rzeczywistości niż dualny. Do takich osób zaliczam się ja, choć nie rezygnuję całkiem z tej metody, gdyż wiem, że niekiedy nie ma konieczności, a kiedyindziej po prostu nie jest to możliwe, aby zastępować ten system innym w sytuacji, kiedy spełnia on dobrze swoje opisowe zadanie, a więc sprawdza się. Ta uwaga ma związek z pewnym niecodziennym i z perspektywy czasu jednak zabawnym, skłaniającym do namysłu, wydarzeniem, w którym przyszło mi wziąć udział w ‘niepochlebnej’ roli sprawcy. Tak się złożyło, że oglądam dość często telewizję, i w te dni Bożego Narodzenia AD 2010, które co roku spędzam w domu rodziców, jak większość Polaków przy suto zastawionym stole, oglądaliśmy wspólnie telewizję, głównie programy poświęcone tematyce religijnej. Atmosfera wszechogarniającej świętości powoli i skutecznie zaczynała boleśnie się odbijać na moim poczuciu wewnętrznej harmonii, osoby stroniącej od zgiełku rozmodlonych ciżb i blichtru świątynnych sal. Nauki uczonych w piśmie, nieważne czy mądre czy zupełnie naiwne filmy historyczno-biblijne, niezliczone dokumenty, spośród których pamiętam ten słynny o całunie turyńskim, liczne świadectwa świętych sprawiały wrażenie jakby świat nagle, jak za dotknięciem przycisku odbiornika telewizyjnego, przemienił się w byt całkiem ‘uduchowiony’, 'nieziemski', lecz naprawdę niewiele było w tym prawdy, jeśli podniosłości i wyobraźni nie mylimy z prawdą. Ta dawka pozłacanej fałszywej świętości podawanej w formie rytuału, autorytaryzmów i nie idących na ustępstwa dogmatów była tak intensywna, (można powiedzieć, że zostałem poddany ostremu praniu mózgu), a gospodarz nie miał dla mnie litości, że odczułem przemożny bunt, niezadowolenie i najgłębszą, jaką ktoś może w kimś wzbudzić, frustrację. Te święta inaczej myślącym, jak ja, dały na pewno poczuć się bardzo samotnym.
(Tutaj ukłon w stronę rządu Wielkiej Brytanii, za wrażliwość, jaką kierował się przy wprowadzeniu zakazu sprzedaży kartek bożonarodzeniowych, mając w swojej delikatności i poczuciu neautralności światopoglądowej na uwadze dobro mniejszości, rosnącej w siłę, imigrantów. Choć przyznam, że jest to dość radykalny i chyba nieprzemyślany jednak pomysł).
Czy ktokolwiek pamięta jeszcze ten niespodziewany upadek Papieża Benedykta XVI, w trakcie przemarszu w Bazylice Św. PiP (2 dzień świąt), którego chwyciła mocno za rękawy w zapaśniczym afekcie (okazało, że chora psychicznie) sypmatyczka. Na skutek tego targnięcia, tego doskoku z tłumu do swego przedmiotu uwielbienia, samego nietykalnego, Papież stracił równowagę i upadł, szczęśliwie niegroźnie. Niestety, nie obyło się także bez bolesnych potłuczeń.
Ale tak czasem jest, że miłość, zbyt dużo miłości, kaleczy. Bo co to oznacza? Nad tym samym zastanawiał się i Papież. To niewyjaśnione zdarzenie, (bo tak naprawdę zdezorientowani świadkowie i ci w Bazylice, i wierni śledzący uroczystość przed swoimi telewizorami, ulegli pierwszemu złudzeniu, iż jest to fanatyczny atak), jak sam tłumaczył Papież, skłoniło go do refleksji. Nieszczera miłość, która miłością nie jest, może wyżądzić szkody. Tu chodzi o coś jeszcze. To cała problematyka systemu myśli, całego chrześcijańskiego poglądu na świat i człowieka, niekiedy pełna niejasności, wywołująca sprzeczności i nieporozumienia.
Papież, ku mojemu radosnemu zdumieniu, na krótko po tym co zaszło udzielił pięknej i niezapomnianej katechezy. Pamiętam, że centralne miejsce zajęło w niej pojęcie ‘środka’, czy ‘szarości’, jak sam określił. Tego mi było trzeba. Chrześcijaństwo również, choć wobec niego mamy prawo spodziewać się czegoś więcej, nie powinno przedstawiać świata jako li tylko czerni lub bieli. To nonsens! W tym świecie są również szarości, a nawet niebezpieczeństwa! co sprawia, jak sam podkreślił Benedykt XVI, że życie nabiera smaku, staje się wtedy pełniejsze, pełne barw przez to, wzbogacając nasze zrozumienie świata, nastrając nas prawidłowo wobec wielu skomplikowanych zjawisk natury etycznej, oddalając niebezpieczeństwo popadnięcia w jednostronność, być może fanatyczną wprost niechęć wobec tego, co kulturowo i obyczajowo odmienne, czyniąc z nas bardziej rozumnymi, otwartymi, obeznanymi w prawie wzrostu i przekształceń w oparciu o wolność i współistnienie różnych przekonań.
Łatwo, więc uważny czytelnik zaobserwuje, iż Papież wypełnia lukę (dwubiegunowości, mającej źródło w zaratustrianizmie), jaką chrześcijaństwo pozostawiło w swojej spuściźnie potomnym, wypełnia ją z pomocą utraconej i niewidzianej przedtem i nigdzie 'szarości'! Papież wypośrodkował, mówiąc technicznie i naprowadził płaski kurs-pogląd, dominujący w chrystianizmie, tym samym przypomniał sobie i nam, że istnieje 3 wymiar rzeczywistości, (i był w tym nie mniej wspaniały niż sam Budda), udzielając dojrzałej i mądrej nauki, w okolicznościach tajemniczych, nietypowych, kiedy to, przesyconą jaskrawo-złotymi nićmi podniosłą atmosferę teologii Bożego Narodzenia zachwiało widmo niespodziewanego ... - widmo niepokojące i wytrącające z medytacyjnego rytmu podniołości, słusznie upominającego się o szarość. Nawet i to zjawisko (akt wielbicielki i ona), które wydawało się czym innym, utkane w czerń przypuszczenia, że wypowiedział się tutaj gniew nagi i szalony, ukazało swoje ludzkie kochane oblicze, bo przecież nie mogło być inaczej.
Jest to krok milowy, uważam, choć może przemknął bez śladu, w dążeniu ludzkości ku oświeconej wizji świata.
Krok, który przybliża nas do uznania, bez względu na wiarę i prerogatywy, świata jako pełnego różnych cech i wyrażającego się różnie. Świata takiego, którego nie widzimy, albo nie chcemy widzieć: przenikniętego bogactwem kultur, wyznań, spojrzeń, koncepcji, upodobań, nie tracąc z pola widzenia tego, co nas wszystkich łączy.
To była historia osamotnionego człowieka, jego sprzeciwu i krzyku goryczy przed umasowieniem przeżyć, zdławieniem pięknych równoważących szarości i odebraniem najzwyczajniej wolności - autentyzmu. Dualizm, zaiste, bywa zdławiający. Słuszny gniew jest wołaniem o wolność.
Dobro i zło. Otóż, 'dobro' nie jest 'dobrem' przez się, ale staje się 'dobrem' na tle ‘zła’, w oparciu o ocenę tego, co jest ‘złem’ i vice versa, tzn. ‘zła' nie da się pomyśleć bez ‘dobra’, które istnieje tylko w oparciu o ‘zło’. W takim ujęciu obie kategorie wynikają z siebie wzajemnie i wprost naprzeciwlegle, i tym jest dwubiegunowość. Jedna bez drugiej nie może istnieć, są współzależne (tak jak Siva-Siakti, co też jest częściową prawdą, a więc iluzją, gdyż są jednym i tym samym, aspektami tego samego). Ta cecha wzajemnego uzasadnienia (istnienia) i warunkująca jest tutaj obecna. (Można to wyjasnić następująco: warunkiem, ażeby ktoś mógł stwierdzić, że coś jest ‘dobre’ jest to, aby ktoś powiedział, że coś jest ‘złe’.
Tak obie kategorie poszukują wciąż potwierdzenia swojej ważności we wzajemności oparcia się na sobie. Alternatywą dla takiego myślenia, jest założenie, że 'zło' jest jedynie brakiem 'dobra'. Jest to pośrednia interpretacja, pośrednio dwubiegunowa i całkiem do przyjęcia. Można jednak ‘dobro’ pomyśleć zupełnie inaczej. Choć wtedy traci ono swoją pierwotną dynamikę dwubiegonunowego powstawania i doświadczenie to jest z gruntu odmienne. 'Dobro' jako takie i przez się (per se) jest, a nie staje się i dlatego jest ono bardziej nieuchwytne.
Teraz moja opowieść wigilijna. :)
Chrześcijaństwo, które jak wiadomo bazuje na dwubiegunowej filozofii, wywoływać może niezwykle silne frustracje u osób posługujących się innym systemem opisu rzeczywistości niż dualny. Do takich osób zaliczam się ja, choć nie rezygnuję całkiem z tej metody, gdyż wiem, że niekiedy nie ma konieczności, a kiedyindziej po prostu nie jest to możliwe, aby zastępować ten system innym w sytuacji, kiedy spełnia on dobrze swoje opisowe zadanie, a więc sprawdza się. Ta uwaga ma związek z pewnym niecodziennym i z perspektywy czasu jednak zabawnym, skłaniającym do namysłu, wydarzeniem, w którym przyszło mi wziąć udział w ‘niepochlebnej’ roli sprawcy. Tak się złożyło, że oglądam dość często telewizję, i w te dni Bożego Narodzenia AD 2010, które co roku spędzam w domu rodziców, jak większość Polaków przy suto zastawionym stole, oglądaliśmy wspólnie telewizję, głównie programy poświęcone tematyce religijnej. Atmosfera wszechogarniającej świętości powoli i skutecznie zaczynała boleśnie się odbijać na moim poczuciu wewnętrznej harmonii, osoby stroniącej od zgiełku rozmodlonych ciżb i blichtru świątynnych sal. Nauki uczonych w piśmie, nieważne czy mądre czy zupełnie naiwne filmy historyczno-biblijne, niezliczone dokumenty, spośród których pamiętam ten słynny o całunie turyńskim, liczne świadectwa świętych sprawiały wrażenie jakby świat nagle, jak za dotknięciem przycisku odbiornika telewizyjnego, przemienił się w byt całkiem ‘uduchowiony’, 'nieziemski', lecz naprawdę niewiele było w tym prawdy, jeśli podniosłości i wyobraźni nie mylimy z prawdą. Ta dawka pozłacanej fałszywej świętości podawanej w formie rytuału, autorytaryzmów i nie idących na ustępstwa dogmatów była tak intensywna, (można powiedzieć, że zostałem poddany ostremu praniu mózgu), a gospodarz nie miał dla mnie litości, że odczułem przemożny bunt, niezadowolenie i najgłębszą, jaką ktoś może w kimś wzbudzić, frustrację. Te święta inaczej myślącym, jak ja, dały na pewno poczuć się bardzo samotnym.
(Tutaj ukłon w stronę rządu Wielkiej Brytanii, za wrażliwość, jaką kierował się przy wprowadzeniu zakazu sprzedaży kartek bożonarodzeniowych, mając w swojej delikatności i poczuciu neautralności światopoglądowej na uwadze dobro mniejszości, rosnącej w siłę, imigrantów. Choć przyznam, że jest to dość radykalny i chyba nieprzemyślany jednak pomysł).
Czy ktokolwiek pamięta jeszcze ten niespodziewany upadek Papieża Benedykta XVI, w trakcie przemarszu w Bazylice Św. PiP (2 dzień świąt), którego chwyciła mocno za rękawy w zapaśniczym afekcie (okazało, że chora psychicznie) sypmatyczka. Na skutek tego targnięcia, tego doskoku z tłumu do swego przedmiotu uwielbienia, samego nietykalnego, Papież stracił równowagę i upadł, szczęśliwie niegroźnie. Niestety, nie obyło się także bez bolesnych potłuczeń.
Ale tak czasem jest, że miłość, zbyt dużo miłości, kaleczy. Bo co to oznacza? Nad tym samym zastanawiał się i Papież. To niewyjaśnione zdarzenie, (bo tak naprawdę zdezorientowani świadkowie i ci w Bazylice, i wierni śledzący uroczystość przed swoimi telewizorami, ulegli pierwszemu złudzeniu, iż jest to fanatyczny atak), jak sam tłumaczył Papież, skłoniło go do refleksji. Nieszczera miłość, która miłością nie jest, może wyżądzić szkody. Tu chodzi o coś jeszcze. To cała problematyka systemu myśli, całego chrześcijańskiego poglądu na świat i człowieka, niekiedy pełna niejasności, wywołująca sprzeczności i nieporozumienia.
Papież, ku mojemu radosnemu zdumieniu, na krótko po tym co zaszło udzielił pięknej i niezapomnianej katechezy. Pamiętam, że centralne miejsce zajęło w niej pojęcie ‘środka’, czy ‘szarości’, jak sam określił. Tego mi było trzeba. Chrześcijaństwo również, choć wobec niego mamy prawo spodziewać się czegoś więcej, nie powinno przedstawiać świata jako li tylko czerni lub bieli. To nonsens! W tym świecie są również szarości, a nawet niebezpieczeństwa! co sprawia, jak sam podkreślił Benedykt XVI, że życie nabiera smaku, staje się wtedy pełniejsze, pełne barw przez to, wzbogacając nasze zrozumienie świata, nastrając nas prawidłowo wobec wielu skomplikowanych zjawisk natury etycznej, oddalając niebezpieczeństwo popadnięcia w jednostronność, być może fanatyczną wprost niechęć wobec tego, co kulturowo i obyczajowo odmienne, czyniąc z nas bardziej rozumnymi, otwartymi, obeznanymi w prawie wzrostu i przekształceń w oparciu o wolność i współistnienie różnych przekonań.
Łatwo, więc uważny czytelnik zaobserwuje, iż Papież wypełnia lukę (dwubiegunowości, mającej źródło w zaratustrianizmie), jaką chrześcijaństwo pozostawiło w swojej spuściźnie potomnym, wypełnia ją z pomocą utraconej i niewidzianej przedtem i nigdzie 'szarości'! Papież wypośrodkował, mówiąc technicznie i naprowadził płaski kurs-pogląd, dominujący w chrystianizmie, tym samym przypomniał sobie i nam, że istnieje 3 wymiar rzeczywistości, (i był w tym nie mniej wspaniały niż sam Budda), udzielając dojrzałej i mądrej nauki, w okolicznościach tajemniczych, nietypowych, kiedy to, przesyconą jaskrawo-złotymi nićmi podniosłą atmosferę teologii Bożego Narodzenia zachwiało widmo niespodziewanego ... - widmo niepokojące i wytrącające z medytacyjnego rytmu podniołości, słusznie upominającego się o szarość. Nawet i to zjawisko (akt wielbicielki i ona), które wydawało się czym innym, utkane w czerń przypuszczenia, że wypowiedział się tutaj gniew nagi i szalony, ukazało swoje ludzkie kochane oblicze, bo przecież nie mogło być inaczej.
Jest to krok milowy, uważam, choć może przemknął bez śladu, w dążeniu ludzkości ku oświeconej wizji świata.
Krok, który przybliża nas do uznania, bez względu na wiarę i prerogatywy, świata jako pełnego różnych cech i wyrażającego się różnie. Świata takiego, którego nie widzimy, albo nie chcemy widzieć: przenikniętego bogactwem kultur, wyznań, spojrzeń, koncepcji, upodobań, nie tracąc z pola widzenia tego, co nas wszystkich łączy.
To była historia osamotnionego człowieka, jego sprzeciwu i krzyku goryczy przed umasowieniem przeżyć, zdławieniem pięknych równoważących szarości i odebraniem najzwyczajniej wolności - autentyzmu. Dualizm, zaiste, bywa zdławiający. Słuszny gniew jest wołaniem o wolność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)