wtorek, 16 lutego 2010

Piękna sztuka istnienia...

Czy nie istniało w Was nigdy przekonanie, że należycie do pewnej szczególnej kategorii ludzi, którzy często o sobie samych mówią, że są artystami, czy też, że czują w sobie powołanie w określonym kierunku, może i sztuki? Tak, i we mnie to przekonanie i wiara istniały, odkąd sięgam pamięcią. Wizja siebie - w pewien symboliczny czy gatunkowy sposób jako artysty, choć przeszła koleje zmian, tkwi we mnie nadal zaskakująco mocno. Czuję na sobie lekko-słodki ciężar jej naznaczenia, jakby pieczęć. Ja wiem napewno, że taka osobna kategoria ludzi istnieje naprawdę.
Przeświadczenie o swojej własnej wyjątkowości, nie wątpię, że nie obce większości ludzkiej rasy, niezwykłej roli do odegrania i wielkich celach, ku którym zmierza cały trud istnienia, wszelako jest tak naturalną i podstawową cechą każdej nowo narodzonej osoby ludzkiej, że byłoby czymś niepokojącym, gdyby ci młodzi ludzie nie zaczęli przejawiać tej uroczej megalomanii w stopniu choćby umiarkowanym. Umysły osób o poważnych skłonnościach do pozostawania poza odziaływaniem grubszych planów egzystencji, łatwo wpadające w niewytłumaczalne stany zawieszenia się w bliżej nieokreślonej próżni innego wymiaru, wbrew oczekiwaniom zmartwionych tym stanem rzeczy bliskich, by nie traciły tak całkiem kontaktu z 'rzeczywistością', zaczynają rozumieć w przerwach pomiędzy stanami swojej własnej próżni, dlaczego tak z nimi jest. Cel wydaje się być blisko, w każdym razie nie na tyle daleko, aby nie można było stwierdzić jego faktu istnienia z pełnym przekonaniem, co wzmacnia wiarę samotnika w sens swych często niekonwencjonalnych zachowań. Lecz gra toczy się o dużą stawkę. Nagrodą, jaka z pewnością czeka na końcu drogi naszego pełnego dobrych nadziei śmiertelnika, jest wskoczenie po prostu, lub jak chcecie, przeniesienie w wymiar lepszy i doskonalszy niż ten, który znany jest z tego, że nie rodzi tego typu skojarzeń, a zatem, wymiar też dotąd nieopowiedziany, w którym spekulację i doktrynę zastępuje pustka niezapisanej przestrzeni. Chociaż dla tak wielce naznaczonej genem mądrości osobie o charakterze odludka, przejawiającej przenikliwość szczególnego rodzaju, wszystkie dostępne środki i sposoby nawiązywania kontaktu z nienazwanym dotąd wymiarem, który zaryzykuje się określić jako wymiar tego, 'iż się wie', nawet niekoniecznie całkiem poza sferą wielkiego zaciemnienia, jaką ten świat stanowi, mogą  okazać swoją przydatność. Być może ktoś z Was też szuka w tej chwili odpowiedzi na któreś ze swoich ważnych pytań, co przypominają się udręczonym odwieczną kwestią, no bo czemu nie miałyby znaleźć sobie miejsca w Waszych dociekliwych umysłach i łaknących sercach? Gdy się wchodzi do rzeki, to siła jej nurtu porywa, a żyła jej potęgi płynie za horyoznt, więc to naturalne, że go jeszcze nie dostrzegasz. Gdy w niej jesteś, porwie ciebie z jej prądem, a przed tobą już tylko ocean.

Szukałem ja także różnych form artystycznej wypowiedzi, pragnąłem, tak jak inni się wypowiedzieć, wyrazić, co czuję, nie zastanawiąjąc się, dlaczego tak się dzieje; po prostu tkwiło to we mnie, kumulowało się. Po pewnym czasie potrafiłem ugruntować przekonanie, że mogę i chcę wypowiadać się na różne sposoby. Nie ma w tym nic nadzywczajnego, skoro inne jeszcze dziedziny wydawały się zawsze nie do opanowania. Matematyka i bliskie jej równie doskonałe gałęzie nauki nie pociągały mnie ku sobie, choć są równie piękne, jak pozostałe nauki. Bo czy nie jest tak, że wszystko może być polem badania sztuki, od samych swych źródeł rozwijać się w wątek sztuki, skoro tylko człowiek jako twórca daje ku temu powód? Pozornie nie ma w tym stwierdzeniu niczego, co nie powinno nas skłonić do zastanowienia. Byłoby błędem zlekceważyć ten potencjał. Co tak naprawdę ono oznacza? Twórczych form wyrazu jako przejawów wyżej rozwiniętych istot, za które mamy prawo, oraz porzywilej siebie uważać, tych niezdefiniowanych i tajemniczych form ekspresji w działaniu, jest nieprzebrana ilość. Stanowią one pulę wszystkich ludzkich działań twórczych razem wziętych w czasie, by nie pominąć żadnego pojedynczego twórczego aktu człowieka, oraz innych istot, co do których nie możemy mieć pewności, że nie są w stanie współdziałać z nami w tym doniosłym aspekcie. Osobiście, najbardziej skłaniałem się zawsze ku romaitym pociągającym zagadnieniom filozoficznym. Metafizyka i teologia stanowiły i nadal stanowią główną oś tych zainteresowań. Dla kogoś innego są to zupełnie inne obszary, jak: muzyka, sport, taniec, geologia, czy astrofizyka.

Można zadać pytanie o sens sztuki, o sens działań w sztuce, o to czym ona w istocie jest i czemu służy? O sztuce, wydaje mi się, najkrócej można powiedzieć, że jest działaniem. Definicji tej towarzyszy przeczucie co do tego, że działanie sztuki wyróżnia pewna szczególna cecha, która nie pojawia się nigdzieindziej. Ktoś powie, że sztuką jest wszystko to, co jest piękne. I zgoda. Możnaby powiedzieć, że piękno, jakie mam na myśli, jest i tkwi w działaniu. Jego sensem jest to, by działać, by wyrazić się oraz, aby się zamanifestować. To piękno jest nieodzowną i charakterystyczną dla sztuki żywej cechą, jak i czymś więcej - przyczyną sprawczą własnej manifestacji, swojego urzeczywistnienia, oraz samym swoim przeznaczeniem. To, jak silne okaże się jej pole rażenia, nigdy nie daje się dokładnie przewidzieć. Sztuka i jej manifestacje są nie tylko niedające się przewidzieć i zmierzyć, istnieją jakby niezależenie, mają niezależne istnienie. Istnieją niepodzielnie i niezależnie często także od twórcy, obok niego, a ponieważ ich wływ jest niepoliczalny, jako żywe kultury emanacji mogą realizować swoje konstytutywne cele bez przeszkód czy też pomimo ich. Sama istota, rzekłbym, esencja sztuki, jako żywego przeobrażenia się piękna, które o sobie stanowi, jest obecnością żywą i zmiennolubną. Jest ciałem żywym z jego przynależną mu energią. Lecz piękno jako zasada, funkcja i sens istnienia sztuki obecnej i czynnej objawia się na każdym z etapów jego przeobrażania, od zalążkowych form przyczynowych, mających związek z wolą, dopokąd trwać jest jej przeznaczone. W związku z powyższym, staje się jasne, że zjawiskowość sztuki żywej i prawdziwa sztuka mają miejsce tam i wówczas, gdy działanie staje się i jest sposobem istnienia, oraz gdzie istnienie jak i działanie są zawsze tym samym. Płynnym strumieniem rozpromienia się zjawisko sztuki jako czysta emanacja obecności, postrzegana jako takie czy inne piękno, gdyż istnienie czegokolwiek póki jest istnieniem, pragnie istnieć w dla siebie dogodny sposób - niepowtarzalny i sobie właściwy, sposób, który odbierać zechcemy jako piękno, sztuka, czy działanie.

Konsekwencją takiego jakby spersonalizowania energii i emanacji sztuki żywej, ukazania jej swego rodzaju mistycyzmu, bez smugi wahania, że jest ona cząstką całego strumienia świadomości, manifestującej się stosownie do własnych praw, nie mniej jednak, swobodnie i niezależnie od niczego (poza sobą), otóż, ukazanie się sztuki jako mistycznego ciała z całym ładunkiem swoich energii i możliwości, choć pozornie i to ciało może wydawać się skończone, prowadzi do koncepcji szczęścia. Nie potrafiłbym, personalizując poszczególne akty piękna, myśleć o nich w oderwaniu od idei szczęścia. Idea ta, co prawda pojawia się z zaskoczenia, jednak jasne staje się jej przypomnienie w tym kluczowym miejscu, gdy rozpoznawszy już mniej więcej tę wewnętrzną anatomię piękna, naturę, zadajemy sobie pytanie o sens i spełnienie, bądź co bądź, życia. Najprościej i nie mam wątpliwości, że trafnie, cel życia można wyrazić z pomocą pojęcia szczęścia. Szczęście, w moim odczuciu, które piękno sprawia, jest sensem i celem. Nie ma potrzeby rozwijać dalej tej myśli. Jest ona dla mnie wystarczająco jasna i prawdziwa. Prowadzi mnie mój pogląd ku równie jasnej i zdecydowanej syntezie, mianowicie, że tak jak życie i naturę, tak sztukę z jej pięknem można zapisać w postaci prostego wzoru trzech zasadniczych wartości życia, którymi są: SAT, CIT, ANANDA. Te trzy jakości mówią o naturze wszystkiego, jako: prawdy = samej obecności (istnienia), świadomości i szczęścia.

                                                                        ***

Wydaje się, że błędem jaki człowiek konsekwentnie popełnia w ocenie zjawisk w świecie, w tym sztuki, jest spojrzenie na nie w oderwaniu od siebie. Spostrzegamy świat oraz jego niewyczerpane złoża i zasoby jako coś innego, jakgdyby świat naprawdę był sobie tak obcy. Pozwolę sobie zauważyć, że pokonywanie dystansu istnienia wobec istnienia jest procesem poszerzania świadomości. Pytanie: Jak daleko proces ten może nas zaprowadzić? Dokąd? Nie mam wątpliwości, że jedynym miejscem, do którego zmierzać może ten proces, jesteśmy my sami. Nie jest tak, że woda, która płynie w rzece i ta sama woda, której smak możemy poznać dzięki naszym kranom, jest czymś innym, aniżeli my sami. Skoro tak, nie tyle powinniśmy o nią dbać, jak o siebie samego, ale możemy się cieszyć i być szczęśliwi, że tak, jak my nie umieramy nigdy, tak i wody nam nigdy nie zabraknie.